Wpis napoczęty w 2015 roku. Nawet chciało mi się wykonać ilustracje!Dzień wczorajszy. Bakistan, gdzieś w górach na granicy z Indiami.
Kebab wolno kręcił się na rożnie w barze naprzeciwko sklepu z pamiątkami, mającego jednocześnie funkcję lokalnej biblioteki, apteki, bezpieki oraz ośrodka kultury. Lenin spokojnie zastanawiał się nad wyborem napoju którym to miał zamiar zwilżyć język spalony przyprawami narodowego specjału, którego zapach wabił miejscowych oraz ich kozy z odległości, rzec by można, nawet i kilku mil.
Prawda to, Abdul serwował najlepszy kebab w całym powiecie, a na pewno w wiosce.
Rozmyślania nad wyborem herbaty przerwał dźwięk otwieranych drzwi.
Assalam alekum. - przywitał się omotany kefiją dostawca.
Walekum assalam. - z szacunkiem odpowiedział kucharz, rzeźbiąc w kebabie niczym antyczny grecki artysta w marmurze.
- Przywiozłem dostawę, z racji paru dni spóźnienia szef dorzucił coś od siebie.
- Wnieś na zaplecze. Nie znam Cię, młody człowieku, gdzie poprzedni dostawca?
- Spadł z muła na drodze z miasta, nie będzie go parę miesięcy.
Nietutejszy akcent i nienajlepsza znajomość urdu dały Leninowi znać, przy czym głos młodego dostawcy wydawał się dziwnie znajomy.
- Jako rekompensatę szef kazał przekazać dodatkową skrzynkę napojów gazowanych, wysoka jakość, import z Nigerii! Pan spróbuje, ta akurat jest moja. - dostawca otworzył butelkę i podał gościowi stojącemu najbliżej niego – w skromnej Lenkowej osobie.
Lenin spojrzał na butelkę. Ebola Cola. Made in Niggeria by CabalCo. Lenin nigdy nie był w Afryce ale tam właśnie wybierał się jako następny punkt swojej wielkiej podróży po krajach wiecznej wspaniałości, takich jak Panau, Arstoczka, Estonia czy Walia. Napój wyglądał i pachniał dobrze, przy czym podejrzany dostawca jednocześnie wzbudzał zaufanie i podejrzenie.
- Złego diabli nie biorą. - pomyślał Lenin i haustem pociągnął z butelki.
Napój smakował równie dobrze jak wyglądał oraz brzmiała jego nazwa, toteż po degustacji dawny bolszewik dokupił jeszcze dwie butelki, akurat gdy jego kebab z kozim serem i sałatką z kiszonego arbuza był gotowy. Gdy już Lenin był bliski końca konsumpcji obiadu, dostawca zdążył wrócić z zaplecza.
- A nu cheeki breeki i v damki. - mruknął na porzegnanie.
Leninowa szczęka do tej pory niezmącenie medytująca nad smakiem i konsystencją kebaba zatrzymała się w połowie kęsa niczym za naciśnięciem przycisku „pauza”. Dawno już nie słyszał tego powiedzenia. I przede wszystkim nie spodziewał się go usłyszeć w tym miejscu. Po chwili zamyślenia zdał sobie sprawę że jego przerwa w pracy dobiega końca. Wstał od stołu i podziękował gospodarzowi za wyborną strawę. Z góry zapłacił za czerwoną herbatę, którą córka Abdula, urocza Afia, dostarczy po południu do miejsca pracy. W jego głowie rozbrzmiewały echem pożegnalne słowa dostawcy.
***
Rozmyślanie w komnacie westchnień przerwał grzmot.
Zona się upomina.
Wyszedłszy ze sracza Lenin skierował się ku łóżku, jednak zamiast zalec po długim dniu pełnym handlu takimi produktami jak Permabanin, Pavulon i gruszki do lewatywy, odsunął je od ściany odkrywając małą skrytkę w podłodze. Wyjął z niej niewielką drewnianą skrzyneczkę.
Chyba czas wrócić do domu. - pomyślal, wyjmując
stare zdjęcie, kieszonkowy pistolet oraz
płócienny worek. Lenin miał dość podróży samolotami, pociągami, lotniami, osłami i hulajnogą. Awaryjna opcja szybkiej podróży wydała się obecnie przyjemniejszą, choć wciąż niewygodną alternatywą. Ale i podróż szybsza wymagała nakładu środków, jak i swoistego odpowiednika dworca kolejowego. A może portu? Lenek nigdy nie znalazł odpowiedniego terminu na miejsce z którego odbywa się międzywymiarowe podróże. Spakowawszy zawartość skrytki i prowiant na dwa dni marszu, wymknął się z izby uchodząc w kierunku Monolitu.
***

Centralny Instytut Praktyk Anormalnych był silnie strzeżony, ale w promieniu tysiąca kilometrów było to jedyne miejsce gdzie zasięg przekaźników Świadomości-Z umożliwiał nierozważne zabawy z nimi. Strażnik zewnętrznej bramy kompleksu, przyozdobionej państwową flagą, nie był jednak zbyt skory do podzielenia się sekretami instytutu z rewolucjonistą, zaś jednoosobowy szturm na kompleks nie wchodził w grę. Krążąc i skradając się wokół instytutu, Lenek nie mógł znaleźć wejścia niosącego mniejsze ryzyko znalezienia kolekcji pocisków w pośladkach. Ale dzisiaj mu się poszczęściło. Niczym zesłany przez Cudowny Kryształ dźwięk syreny pociągu rozniósł się wśród wzgórz.
Dzisiaj instytut wymieniał olej w stołówkowych frytkownicach!
Paliwo nuklearne wewnętrznego reaktora również miało zaszczyt zmiany, ale to tak na uboczu.
Wiedząc, że nie ma zbyt wiele czasu, bolszewik z prędkością olimpijczyka pognał w kierunku wcześniej zauważonej linii kolejowej. Niespecjalnie pomagała w tym długaśna piżama noszona na rzecz niewyróżniania się z tłumu. Odległość od chronionego wjazdu nie była zbyt wielka i szanse, by nie został zauważony raczej nie zasługiwały na wysoką ocenę.
Can't stop the rock!
Niewielka skarpa pozwoliła mu wskoczyć na ostatni wagon pociągu.
- Czemu to musiał być akurat węgiel? - pomyślał. Pociąg przejechał przez bramę. Gdy wymijał zespół niewielkich budynków, już dawno nie wykorzystywanych przez Instytut do niczego innego poza składowaniem rupieci i przerwami na papierosy składające się z czegoś innego niż tytoń, Lenny uznał za stosowne wyskoczyć. Nie miał w zwyczaju jeździć bez biletu. Zgodnie z oczekiwaniami, z kierunku bramy odezwały się gwizdki strażników i przeciągłe serie z Thompsonów i G3 będących na wyposażeniu ochraniającej obiekt armii bakistańskiej. Na szczęście, jej wyszkolenie przedstawiało marny poziom w standardach europejskich. Jak na Azję Środkową, chłopaki dawali radę. Mury pomieszczeń gospodarczych stanowiły zawiły labirynt, w którym Lenin mógł się z ochroną pobawić w chowanego. Cichnące stukanie pociągu zastąpił zbliżający się warkot motocykli patrolowych. Lenin zarepetował pistolet. Może nie przyjdzie go użyć. PDA zawibrowało wskazując na osiągnięcie niemalże maksymalnego zasięgu przekaźnika Zetowców. Jeszcze tylko sto metrów. Wiedział dokąd biec. Na szczęście ci źli nie umieją strzelać. Labirynt ciągnął się niczym Jaskinia Przeszłości. Pięćdziesiąt metrów. Pocisk odłupał kawałek tynku zaraz obok leninowej twarzy, wybielając opaleniznę pyłem. Dwadzieścia metrów. Nowy rekord na setkę pobity. Przygotowując się do wpadunku z impetem przez drzwi bolszewik nastawił rękę i napiął mięsień. Z gracją latającej świni i głośną bladzią na ustach odbił się od zamknietych drzwi lądując na popękanym od gorąca chodniku. Z drzwi zaśmiała się z niego szyderczo naklejka "ciągnąć". Wiedział, że nie ucieknie. Kule z kieszonkowego pistoletu na szczęście trafiły w koło motocykla patrolowego, a załoga wzbogaciła się o wiedzę praktyczną z zakresu prawa powszechnego ciążenia i bezwładności ciał. Zamieniwszy się z nimi postawami leżącymi, Lenin pociągnął za drzwi i wbiegł do środka. Drzwi szybko pokryły się wydęciami i dziurami po kulach, a wredna naklejka zapewne zrozumiała, kto śmieje się ostatni.
***
W budynku panował półmrok. Oddział emisji psionicznych nie miał zbyt dużego personelu. Praktyka ta miała na celu ograniczenie strat w ludziach na wypadek problemów. Ludzie tu pracujący nie mieli złudzeń, nad jak niebezpieczną materią pracują. Na leninowe szczęście, ochrona też wolała się tu nie zapuszczać, a odcięcie budynku wydawało się dla nich dość wygodną opcją. Naukowcy zaś, nie wiedząc dokładnie co działo się na zewnątrz, zdecydowali się zagrać w chowanego. Lenin nie miał jednak ani ochoty zostawać w budynku ani chwili dłużej niż było to konieczne, ani grać. Po znalezieniu głównej konsoli kontrolującej przekaźnik, sięgnął po płócienny woreczek i wyjął z niego okrągły, połyskujący przedmiot oraz pendrive'a. Przez USB podłączył ustrojstwo do konsoli, naturalnie 3 razy przekręcając nośnik pamięci zanim wszedł. Wiedzieliście że wtyczki USB są czterowymiarowe? Kalibracja. Wprowadzenie danych. Świetne warunki. Komuś w centrali musiało na tym zależeć. Co może dziać się w Zonie? Lenin trzy razy uderzył artefakt łokciem, dwa razy otwartą dłonią, po razie z każdej strony i trzy razy prawą ręką okrążył nad własną głową. Artefakt zaświecił błękitnymi promieniami. W pustym pokoju znowu zagościł półmrok.
***
Zona. Wśród śnieżnej, ukraińskiej zimy bywały miejsca gorącej atmosfery. Ogniska, żarty, wódka i melodie gorzej lub lepiej grane na siedmiostrunowych gitarach. Prawosławne Boże Narodzenie właśnie przeszło w drugi dzień. Głośny świst zakłócił spokój Doliny Mroku. Przede wszystkim zaś zakłócił spokój żerującego akurat snorka, który dokonał swego żywota w sposób znany wśród graczy w Quake'a jako "telefrag". Lenin zaciągnął się radioaktywnym powietrzem.
- Nie ma to jak w domu. - pomyślał.
Od razu przystąpił do sprawdzenia czy tego i owego mu nie brakuje. Był pewien powód dla którego obawiał się użytkowania artefaktów w celu przemieszczania się. Palce, zęby, oczy, uszy i klejnoty rodzinne były na swoim miejscu, jednak Lenin miał wrażenie że wątroba chyba zmieniła stronę ciała. Bywa. Mogła zniknąć. Lenin nie mógł wyciągnąć z pamięci widoku syna pewnego naukowca, którego część zdążyła się teleportować. Szkielet, stopy i okolice pasa zostały jednak na miejscu. W sumie ciekawe, czy udało mu się syna poskładać. PDA zabrzęczało serią wiadomości. Aha, czas na nocną wycieczkę. Lenin sięgnął po paczkę papierosów.
Nie było żadnej paczki papierosów.
- BLJAAAAAAAAAAAAA rozbrzmiewające po całej Zone oznajmiło wszem i wobec, który rewolwerowiec znowu zawitał w mieście.